TEFAF

MAASTRICHT 2024
07.03-14.03.2024

Sztuka, kwiaty, przyjaźń i Sherlock Holmes. Rozmowa z Małgorzatą Ciacek i Michałem Olszewskim

Dominik Kuboń: Olszewski Ciacek Gallery jako pierwsza polska galeria bierze udział w TEFAF Maastricht 2024. Jak narodził się pomysł uczestnictwa? Dlaczego te targi?

Małgorzata Ciacek: Podczas studiów Fine & Decorative Art and Design w londyńskim Sotheby’s Institute of Art mieliśmy wycieczkę studencką do Holandii. Odwiedziliśmy właśnie te targi! Najstarsze, najbardziej prestiżowe na świecie. Wyczuwalne jest na nich silne zaplecze akademickie. Wszystkie znane nazwiska na wyciągnięcie ręki. Każda rzecz jest ważna z punktu widzenia dyskursu historii sztuki. Obrazy Dawnych Mistrzów, artystek i artystów XX-wiecznych, dodatkowo dużo kwiatów, rozmowy, szampan. To jak muzeum, które można kupić. Spacerując ciągle się czegoś uczysz, rozmawiasz z najlepszymi specjalistami w swojej dziedzinie. 

Michał Olszewski: Wielokrotnie jeździłem na TEFAF. Te targi są najbardziej odpowiednie dla sztuki, którą my reprezentujemy, czyli tej wpisującej się w kanon historycznej nowoczesności XX wieku. Kwiaty zdecydowanie robią wrażenie. Jednego roku na wejściu była wielka ściana zbudowana z kwiatów róży. Konstrukcja epatowała wyglądem i zapachem. Coś niesamowitego!

Rozumiem, że jest to przestrzeń przyjazna wymianie doświadczeń między specjalistami, reprezentującymi różne środowiska: galeryjne, muzealne i kolekcjonerskie?

Małgorzata Ciacek: Tak. Można spotkać osoby z różnych instytucji. W ramach TEFAF dokonywane są m. in. sprzedaże muzealne. Na targi przyjeżdżają dyrektorki i dyrektorzy muzeów z całego świata.  Zrozumiałam tam, że sztuka może być przyjemnością, a nie tylko czymś niedostępnym, zamkniętym, jak w white cube. Za luksusem stoi uprzejmość, edukacja, wiedza, ciekawość, otwartość na nowe idee. Wszystko jest bardzo czytelne i koresponduje z naszą wrażliwością. Galerie mają swoje katalogi, uzupełniające ich ekspozycje. Idziesz tam nie tylko po to, żeby coś kupić. Każda rzecz jest wybrana, wyselekcjonowana, opisana i poświęca się jej wystarczająco dużo uwagi. To wyjątkowe doświadczenie, które można dzielić z pasjonatami, kolekcjonerami, wszystkimi osobami z branży kreatywnej i kulturalnej. 

Michał Olszewski: Wymiana tych kompetencji, doświadczeń i relacji towarzyskich jest bardzo ważna. Zwłaszcza, że polska sztuka z powodu nadużywanych przez administrację państwową przepisów jest niejednokrotnie spychana na margines Europy. Niepotrzebnie i z dużą krzywdą dla artystek i artystów, ich rodzin, odbiorców sztuki. 

Reprezentujecie te rodziny. Losy spuścizn artystycznych. 

Michał Olszewski: Zgadza się. Losy artystyczne, które zostały wielokrotnie przecięte, na przykład przez wojnę. W okresie komunizmu sztuka przedwojenna zniknęła, pochłonął ją niebyt. Powody były różne, między innymi rodzinne czy polityczne. W latach 90. wydawało się, że otwieramy się na świat. Owszem, w wielu dziedzinach tak było. Wymiana rynkowa przybrała charakter globalny, ale sztuki to nie dotyczyło. Jej zasięg pozostał lokalny. 

Co można zobaczyć na Waszym stoisku?

Małgorzata Ciacek: Staraliśmy się pokazać przekrój polskich awangard XX wieku. Prezentujemy twórczość związaną z różnymi miastami Polski: heliografiki Karola Hillera (Łódź), ciasne kadry Stanisława Ignacego Witkiewicza (Zakopane), gwasze i rysunki formisty Józefa Doskowskiego (Kraków), legerowskie i surrealistyczne prace Marka Włodarskiego (Lwów), grafiki Leopolda Lewickiego (również Kraków). Mamy tutaj przekrój różnych technik i mediów, od heliografiki, przez fotografię, prace na papierze, grafikę, a nawet rzeźbę nieznanego artysty w stylu zakopiańskim z elementami art deco.

Czym kierowaliście się podczas wyboru?

Małgorzata Ciacek: Zależało nam na podkreśleniu aktualności polskiej awangardy. Często te zjawiska ujawniały się w naszym kraju bardzo wcześnie na tle europejskim lub były artystyczną anomalią. Przykładem jest technika własna Karola Hillera, której nikt po nim nie powiela. Jego prace są nowatorskie, były pokazywane między innymi na wystawach „Constructivism in Poland, 1923-1936” (MoMA, 1976) i „Shape of Light – 100 years of photography and abstract art” (Tate Modern, 2018). Jego sztuka rozpoznawana jest wśród akademików, ale niewystarczająco znana szerszej publiczności. Jakość broni się tutaj sama. Hiller nie był epigonem. W heliografikach wyczuwalny jest wymiar silnej awangardowości. Witkacy z kolei, jako pierwszy zrobił ciasny kadr. Nagle okazuje się, że Polak, o którym nikt za granicą nie słyszał, jest w czymś pierwszy. 

Michał Olszewski: Od lat obserwowałem na targach prace czeskich surrealistów i awangardy. Zachwyty, ceny, katalogi, książki o ich twórczości. W pewnym momencie zrozumiałem, że to jest ten sam poziom i bardzo analogiczne zainteresowania artystyczne, co u Włodarskiego. Elementy legerowskie stanowiły dla niego podkład, który artysta w ciekawy sposób przetwarzał w surrealizm. Ostatecznie tworzył mocno surrealistyczne prace, przywodzące na myśl twórczość Jindřicha Štyrský’ego. Jego akwarele osiągają ceny kilkudziesięciu tysięcy euro, nie wspominając już o obrazach olejnych. To był dla mnie bodziec! Pomyślałem, jak to możliwe, że wszyscy znają Štyrský’ego, a nikt nie zna Włodarskiego. Próbowałem wystawiać prace Włodarskiego w Polsce, ale nie udało się. Pandemia przerwała moje plany. Ten proces nie wyszedł z Polski. Zdalnie, na stronie internetowej, nie doświadczysz dzieła sztuki w pełni. Trzeba przyjechać na targi, zobaczyć na żywo.

Istotnym artystą na naszym stoisku jest Leopold Lewicki, który wprowadzał do swoich grafik komentarze polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej lat. 30. Interesowały go godność i prawa człowieka. Podobnie jak Hillera. Moja prywatna kolekcja heliografik pozwoliła na otwarcie galerii w 2018 roku. Zebranie kilkunastu prac zajęło mi 15 lat. 

Jak wyglądało to zbieranie?

Michał Olszewski: Po pierwsze zwracałem się do innych kolekcjonerów, którzy wcześniej kupili heliografiki. Również do kuratorów, zajmujących się pozyskiwaniem prac do wystaw ze źródeł niemuzealnych. Dodatkowo osoby, które dawniej mogły mieć kontakt z wdową po Hillerze. To była praca stricte detektywistyczna. Często tak jest, w przypadku artystek i artystów już nieżyjących, że są to drobne lub poważniejsze śledztwa. 

Istotna, jak nie najistotniejsza, jest kwestia sprawdzenia autentyczności dzieła sztuki. 

Michał Olszewski: Moim zdaniem kluczem w badaniu autentyczności jest doświadczenie w oglądaniu, opatrzeniu się. W takiej sytuacji zawsze cytuję Adama Konopackiego, eksperta rynku sztuki, który nauczył mnie podwalin badania autentyczności. Powiedział, że jak widzisz falsyfikat, nie patrz na niego, idź dalej i zapomnij o nim. Jeśli tego nie zrobisz, ten falsyfikat skrzywi Ci spojrzenie. Później można mieć problem z akceptacją oryginału. Trzeba patrzeć tylko na rzeczy pewne i mieć punkt odniesienia. Im więcej mamy tych punktów odniesienia, tym więcej jesteśmy w stanie zweryfikować.

Jak wyglądają przygotowania do targów?

Małgorzata Ciacek: Ujmujące jest ze strony organizatorów wymaganie rzetelnego opracowania każdej z pokazywanych prac. Bardzo ważna jest jakość. Dzieła, które wybraliśmy same bronią się pod względem warsztatowym. Natomiast samo przygotowanie tekstów i dokumentów wymaga dużego nakładu pracy intelektualnej. Trzeba napisać esej, przygotować bibliografię, spis wystaw na jakich były pokazywane prace, dostarczyć niezależne ekspertyzy. W TEFAF liczą się wartości uniwersalne. Pokazuje to mądrość ludzi, którzy zajmują się tymi targami. Mają oni  merytoryczne podejście i kapitał kulturowy. Nie znając polskiej sztuki są w stanie docenić i odwołać się do innych europejskich ruchów awangardowych. Takie odwołania mają sens i są potrzebne. To, co jednak jest najważniejsze i stoi za sukcesem to praca zespołowa. Ja, Małgorzata Starz i Karolina Potocka we trójkę od kilku miesięcy pracujemy nad tym projektem. Dla mnie najważniejsi są ludzie i zespół, nie da się zdobyć szczytu w pojedynkę, a nawet jeśli to you miss all of the fun part. Łączy nas pasja, wytrwałość i wspieranie się w wielu trudnych momentach, które są nieodłączną częścią procesu. Robimy to po raz pierwszy. Ja mam 30 lat, Karolina 27, a Gosia 24. Siła bycia razem polega na tym, że nie musisz być najlepiej wykształcony, najbardziej doświadczony, ani posiadać gigantyczne zaplecze finansowe, żeby  osiągnąć coś, czego nikt wcześniej nie zrobił i spełnić jedno z największych marzeń. I za to jestem dziewczynom dozgonnie wdzięczna. 

Na różnych targach i wystawach można czuć się przytłoczonym. Jak jest tutaj? Czy jest w tym wszystkim przestrzeń dla odbiorcy?

Małgorzata Ciacek: Możesz podejść, spokojnie obcować z pracami. To okazja do intymnego kontaktu ze sztuką. Czujesz się tak, jakbyś był w zupełnie innym wymiarze. Każda galeria buduje swój własny świat, wciągający do środka i prezentujący inną perspektywę. Dużo się uczysz, przeżywasz i poznajesz. Dlatego też bez odbiorców targi nie miałyby sensu.

Jak wyglądały początki Waszej galerii? Od czego zaczęła się współpraca?

Małgorzata Ciacek: Pierwszy raz spotkaliśmy się z Michałem właśnie podczas TEFAF.

Michał Olszewski: Tak! Przedstawił nas sobie nasz wspólny znajomy. 

Małgorzata Ciacek: Trochę jak w Sherlocku Holmesie! Ja byłam tuż po studiach, Michał rozstał się ze swoim wspólnikiem. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że w przyszłości będziemy razem pracować. Dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy działać jako Olszewski Ciacek Gallery.

Michał Olszewski: Wcześniej pracowałem już 15 lat na rynku sztuki. Zacząłem w 2003 roku jako stażysta w Domu Aukcyjnym Rempex. Praktykowałem zarówno w grupach eksperckich, jak i w samej sprzedaży. Z Małgorzatą połączyło nas zainteresowanie awangardą i podobny gust.

Dominik Kuboń

Historyk sztuki, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Niezależny kurator, autor tekstów o sztuce, zajmuje się zbiorem fotografii w Ośrodku KARTA, największym w Polsce archiwum społecznym.